Miasto przestrzeń znacząca... (Zbrodnia i Kara)
Człowiek idący ulicą Kską w Wwie nie zastanawia się, jaki owa ulica ma na niego wpływ. Być może zatrzyma się przy pomniku, odrestaurowanym domu, który tysiąckroć razy kiedyś mijał, przy nowo wybudowanym biurowcu ale tylko dlatego, że jest to coś, czego tu przedtem nie było to przykuwa jego uwagę. Czy nigdy jednak nie stanie i nie pomyśli: "A może gdyby ten most stał tu wcześniej, nie zrobiłbym tego, lub owego...", "Może gdyby ten dom zawsze tak wyglądał, patrzyłbym na świat bardziej optymistycznie..."? Prawdopodobnie niewielu ludzi wychowanych na przykład przez stare, przestępcze ulice Pragi zdolnych jest do takiej refleksji Takie po prostu mają życie tak żył ojciec, dziadek, starsi bracia, siostry dlaczego on ma żyć inaczej. Czy jest się w stanie wyrwać z klatki, którą stała się dla niego jego dzielnica? Tu wszyscy kradną, piją, żyją w strasznych warunkach. By to zmienić trzeba mieć i wielką siłę woli i wielkie szczęście.
Miejsce, w którym mieszka się, otoczenie, sąsiedzi wywierają ogromny wpływ na psychikę jednostki. Teraz jest to zapewne mniej istotne telewizja pokazuje, jak żyje się w innych, bogatszych, rządzących się inną moralnością, dzielnicach. Wśród starych, rozpadających się domów, buduje się dziś eleganckie bloki, do których wprowadzają się ci lepsi; "wszy" mogą ich obserwować, czasem zazdrościć, czasem nienawidzić, a czasem chyba jednak stawiać sobie za wzór. Ale dawniej wpływ środowiska na człowieka był chyba większy.
W Petersburgu lat 60 XIX wieku podział na dzielnice nędzy i "Wenecję Północy" był, jak przekonujemy się ze Zbrodni i Kary, ogromny. W jednym mieście współistnieją dwa światy, które nie mają ze sobą nic wspólnego. Przechodni pokój (a raczej klitka) w mieszkaniu Amelii Lippewechsel, w którym gnieździ się rodzina Marmieładowych ma się nijak do sal balowych, w których tańczy Anna Karenina. Tak jak salony Łęskich nie miały nic wspólnego z Powiślem, którym przechadzał się Wokulski poznając brudną stronę Warszawy.
Powieść Dostojewskiego ukazuje miasto jako siłę budzącą w ludziach najgorsze instynkty. Jako siedlisko pijaństwa, nędzy, prostytucji, jako przyczynę samobójstw i szaleństw. Żyć w Petersburgu z powieści Dostojewskiego, to znaczy ocierać się o brud – w sensie dosłownym i metaforycznym – cierpieć bez nadziei na jakąkolwiek poprawę, wegetować i patrzeć na tych, którzy bytują w tych samych warunkach. Petersburg ze Zbrodni i Kary to jak sformułował to były pracodawca a zarazem zalotnik Duni Raskolnikowej, cyniczny rozpustnik Swidrygajłow: Miasto półwariatów. (...) Rzadko gdzie spotyka się tyle posępnych, ostrych i cudacznych wpływów na duszę człowieka jak w Petersburgu.
Podobna myśl wpadła do głowy bohaterowi powieści. Dlaczego we wszystkich wielkich miastach ludzie mają dziwną skłonność i to nie zawsze z konieczności osiedlać się właśnie w takich dzielnicach miasta, które nie mają ani ogrodów, ani wodotrysków, w których panuje brud, smród i inne paskudztwa – zastanawia się niespodziewanie dla siebie samego Raskolnikow, idąc zrealizować swój zbrodniczy zamiar. Przechodząc obok ogrodu Jusupowa, pomyślał, jak dobrze byłoby urządzić tam wodotryski, które przydałyby się do odświeżenia powietrza we wszystkich placach publicznych. Pomysł spodobał mu się, rozszerzył więc wizję wodotrysków na Ogród Letni, całe Pole Marsowe, nawet zapragnął połączyć tę nową piękną przestrzeń z dworskim ogrodem. W właśnie momencie bohater Zbrodni i Kary zdał sobie sprawę, że ludzie mają ową "dziwną skłonność". Czy to jednak dobrowolna chęć, by mieszkać w norach? Czy raczej vis major? Zrządzenie losu? Przekleństwo? To przecież dzielnice nędzy wciągają słabych, biednych i chorych w swoje sidła i trzymają w żelaznym uścisku tak długo, póki nie wyzwoli ich śmierć lub inny kaprys losu?
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego sąsiedztwo carskich pałaców nie wpływa łagodząco na nędzne dzielnice, nie zachęca do przejścia na drugą, piękniejszą stronę miasta, gdzie nie lęgnie się jedynie zło? Pytanie to retoryczne, bo jak wiadomo przejście tej granicy było niemożliwe. Pewnie gdyby nie ta nędza i beznadzieja, Leninowi nie przyszłoby tak łatwo wywołanie rewolucji w Petersburgu. Ale to już inna historia.
Wróćmy więc w okolice Placu Siennego w Petersburgu, w którego okolicach toczy się akcja Zbrodni i Kary. Widziałam starą litografię Briułłowa przed ogromną, przepiękną cerkwią kłębi się nieprzebrany tłum biedaków. Jest letni dzień. Pewnie wyszli ze strasznych zaułków, brudnych i śmierdzących, wąskich uliczek. Ten tłum jest przygnębiający anonimowi ludzie w łachmanach, zamknięci w ograniczonej przestrzeni. A jak jest na uliczkach, których nie widać na starym sztychu?
Nieznośny zaduch, tłok, na każdym kroku wapno, rusztowania, kurz i specyficzne zapaszki, tak dobrze znane każdemu petersburżaninowi, który nie jest w stanie wynająć letniska. Nieznośny odór buchający z szynków, których w tej części miasta jest szczególnie dużo i pijani, spotykani na każdym kroku, mimo iż był to dzień powszedni, dopełniał ohydnego i ponurego obrazu. Tak opisuje Dostojewski okolice Siennego. Mieszkająca tu ludność rzemieślnicza i cechowa, stłoczona w tych centralnych petersburskich ulicach i zaułkach wzmagała pstrokaciznę ogólnej panoramy obecnością takich indywiduów [jak właśnie odziany w łachmany młody student]. Ten właśnie człowiek, idący taką ulicą, postanowił zabić lichwiarkę, raz po to, by udowodnić iż można sobie w pewnych warunkach pozwolić na przekroczenie niektórych zapór, pod drugie by zdobyć pieniądze, dzięki którym nie tylko wyratuje swą piękną siostrę Dunię pójściem za mąż, ale także będzie mógł zdziałać za pieniądze staruchy wiele dobrego. Setki, może tysiące ludzkich istnień dałoby się skierować na właściwą drogę; dziesiątki rodzin ocalić od nędzy, rozkładu, zguby, od rozpusty, od wenerycznych szpitali.
To miasto, otoczenie, w którym się poruszał, pchnęło go do szaleństwa. Ale nie tylko. Spójrzmy także na pokój, który zajmował ów "zbrodniarz": Była to maluteńka klitka, jakie sześć kroków długa, żałośnie wyglądająca ze swoją żółtawą, zakurzoną, poodklejaną tapetą, a tak niska, że człowiek choć trochę słuszniejszy czuł się tu nieswojo, co chwila czekając, że zawadzi głową o sufit. O destrukcyjnym wpływie takiej atmosfery najlepiej świadczą słowa matki, która jest jeszcze nieświadoma popełnionej przez syna zbrodni Jakie masz liche mieszkanie, Rodia, istna trumna (...) Jestem przekonana, że to mieszkanie jest w połowie winne temu, że wpadłeś w melancholię. Czy takie miejsce, nazwane „trumną" może pozostać bez wpływu na przebywającego w nim człowieka? Oczywiście nie. Niskie powały i ciasne pokoje dławią duszę i umysł.
Dostojewski pokazuje w Zbrodni i Karze, jak chaos i nędza przytłaczają człowieka, jak budzą w nim zło.
Przypomina mi się tutaj przejmujący wiersz Broniewskiego "Ulica Miła", gdzie stoją domy napęczniałe bólem i troską. W każdym domu cuchnie podwórko, w każdym domu jazgot i turkot, błoto, wilgoć, zaduch, gruźlica Efekt?
Pod trzynastym powiesił się fryzjer, który miał źle w głowie.
(...)
Na pierwszym piętrze plajta, komornik. A na drugiem
służąca otruła się ługiem
Na trzecim piętrze rewizja mundurowi tajniacy.
na czwartym czytają "Kurier Warszawski" "poszukiwanie pracy".
Na poddaszu dziewczyna dziecko dwudniowe zabiła.
Złe miasto, zła ulica, źli a może raczej nieszczęśliwi – ludzie. Człowiek zduszony przez otoczenie, przez warunki, jakie stwarza mu ono – cierpi, budzą się w nim najgorsze instynkty.
Jakże inaczej działa na Raskolnikowa widok, który niejednokrotnie podziwia chodząc na uniwersytet, okolice Newy. Ilekroć tamtędy przechodził, zatrzymywał się, by podziwiać przepiękną panoramę każdorazowo pochłaniało go jakieś niejasne, emocjonujące go, niezrozumiałe wrażenie. Cudowna panorama tchnęła przejmującym chłodem; dreszczem przejmował go niemy, a piękny ten obraz... Kiedy szedł tamtędy po zabiciu Alony Iwanowny i pozbyciu się łupu, przystanął nad wodą. Zamyślił się nad dawnymi odczuciami, które budził w nim ten widok. Zdumiało go, że po dokonaniu morderstwa, zatrzymał się właśnie w tym miejscu. A przecież był już innym człowiekiem. Gdzieś w głębi, pod nogami, ledwie widoczna, zdawała się tkwić jego przeszłość, dawne tematy, wrażenia, i cała ta panorama, i on sam, i wszystko , wszystko dookoła... Rodion w dłoni ściskał monetę, jedną z tych ukradzionych lichwiarce. Nie namyślając się wiele, cisnął ją w rzekę tym gestem odciął się od przeszłości. A więc i od zachwytów pięknym widokiem miasta. Pozostały mu już tylko śmierdzące szynki, cuchnące zatłoczone mieszkania, ponure, mroczne zaułki. Petersburg pełen zła i okropieństw.
Rodion, tak jak niemal wszyscy bohaterowie Zbrodni i kary naznaczony jest stygmatem miejsca. Ale przecież nie wszyscy pokazuje to Dostojewski popełniają zbrodnie. Żyją w okolicach Siennego ludzie dobrzy, uczciwi, choć nie zawsze trudniący się szlachetnymi zajęciami. To Sonia Marmieładowa chodząca dobroć, dziewczyna zajmująca się prostytucją, bo w Petersburgu nie ma innych możliwości, by zarabiać uczciwie. Moloch, ojciec pijak, patologiczna rodzina i patologiczne otoczenie kim innym może być taka dziewczyna? Wrodzona szlachetność i głęboka wiara sprawiają, że Sonia nie obwinia świata, rodziny za to, że musiała iść na ulicę. Ona nawet nie potępia Raskolnikowa, że zamordował lichwiarkę. Jest jednak przekonana, że za ten grzech Rodion musi odpokutować.
Szkoda tylko, że w tym świecie, jaki pokazał Dostojewski w Zbrodni i Karze, nie wygrywają takie istoty jak Sonia. Prędzej wygrają panowie Łużyn czy Lebieziatnikow, którzy nigdy nie myślą o innych i są dla nich bezwzględni. W petersburskich zaułkach, w brudnych norach, które służą ludziom za lokum chętniej mieszkało nieszczęście, cierpienie, zło, okrucieństwo niż dobroć i miłość. Brzydkie miasto nie lubi pięknych dusz.